Ronnie Coleman: The King – recenzja

Arnold Schwarzenegger bezdyskusyjnie jest ikoną kulturystyki. Spopularyzował tę dyscyplinę i można powiedzieć, że wprowadził ją na salony. Sam Andy Warhol korzystał z jego usług jako modela. Jednak ćwierć wieku po sukcesach Austriackiego Dębu pojawił się prawdziwy król bodybuildingu, Ronnie Dean Coleman. Dzięki dostępnemu na Netflixie filmowi – Ronnie Coleman: The King możemy lepiej poznać popularnego Ronniego.

Ronnie Coleman: The King of ambition

Po raz kolejny możemy przekonać się, że pomysł na siebie i ciężka praca są kluczami do wrót sukcesu. Ronnie już w szkole był ambitnym młodzieńcem. Tyczyło się to wszystkiego, za co się brał, zarówno w sporcie, jak i nauce. Chłopak prawdopodobnie zostałby wziętym księgowym, gdyby nie zmora wszystkich startujących na rynku pracy. Firmy szukały bowiem młodych, zdolnych, ale oczywiście z doświadczeniem, którego Ron nie miał. Co ciekawe, ani sam zainteresowany, ani twórcy nie próbują wpleść tu wątków dyskryminacji rasowej. Późniejszy fanatyk ćwiczeń i zdrowego odżywiania paradoksalnie pierwsze kroki w pracy stawiał w Domino’s Pizza czy KFC.

To protect and to serve

Wszystko zmieniło się, gdy w jednej z gazet znalazł ogłoszenie o pracę w policji; co istotne bez wymaganego doświadczenia. Aby uczynić zadość swojej ambicji, oczywiście po 12 miesiącach został rekrutem roku. Mając za sobą sportową przeszłość w college’u był postawny. Ktoś to zauważył i namówił do rozwoju muskulatury. Ronnie zgodził się głównie dlatego, że otrzymał darmowy karnet do dość obskurnej siłowni. Pomimo późniejszych sukcesów nasz bohater przez wiele lat łączył kariery stróża prawa i kulturysty. Niczym superbohater prowadził podwójne życie między posterunkiem a podestami na pokazach.

Każdy sukces…

Zwycięstwa nie przyszły od razu. Przez wiele lat Big Ron okupował miejsca między piątym a dwudziestym. Dla młodego mężczyzny o nieskończonych aspiracjach było to na tyle frustrujące, że niemal postanowił rzucić w kąt tony przerzucanego codziennie żelastwa. Nie mając wsparcia sponsorów ciągle musiał pracować, co wymuszało na nim katorżnicze treningi ćwicząc na raz nie pojedyncze, a wszystkie partie ciała. Wszystko zmieniło się w roku 1998 wraz ze zdobyciem pierwszego tytułu Mister Olimpia. Źródła sukcesu miały również związek z zabawną historią z wódką i pizzą w tle. Na szczycie kulturystycznego Olimpu pozostawał przez rekordowe 8 lat z rzędu, do czasu detronizacji przez Jaya Cutlera.

ma swoją cenę

Obecnie Coleman jest pod każdym względem spełnionym człowiekiem. Mieszka w ładnym domu wraz z żoną i 4 córkami. Oprócz tego ma 2 dorosłe córki (to się nazywa wąska specjalizacja). Prowadzi również firmę produkującą, jakżeby inaczej, suplementy dla sportowców. Jest przy tym serdecznym człowiekiem o wysokim głosiku zupełnie nie przystającym do monstrualnej postury. Snując opowieść o swoim życiu co chwilę się śmieje, nawet mówiąc o dręczącym go od lat bólu. Za swój sukces zapłacił bowiem zdrowiem. Czempion, który robił przysiady biorąc na barki 362 kilogramy porusza się o kulach, ma sztuczne stawy biodrowe i ześrubowany kręgosłup. Jest to koszt obciążeń przekraczających możliwości istoty ludzkiej. „Tylko tak dało się trenować, by utrzymać się tyle lat na szczycie” – twierdzą rywale. „Trenował najciężej, ale czy mądrze?” – pyta retorycznie Jay Cutler? Po raz kolejny można zobaczyć jak wspaniałymi ludźmi są kulturyści. Mimo, że nie współczują Colemanowi, to również nikt z nich nie ma satysfakcji ze stanu zdrowia człowieka, którego zgarniał im sprzed nosa wszystkie tytuły. Traktują go z profesjonalną życzliwością twierdząc, że zapewne ponownie zrobiłby wszystko tak samo.

Historia większa niż sam film

Ronnie Coleman: The King to obraz wart uwagi, jednak mam wrażenie, że jest przede wszystkim laurką dla największego kulturysty przełomu tysiącleci. Twórcy skupiają się na przedstawieniu wydarzeń pomijając to, co stało u ich źródła. Ślizgają się również po powierzchni nie poruszając chociażby tematu dopingu. Jak bowiem możliwe jest to, aby między 34. a 42. rokiem życia zwiększyć masę z 97 do ponad 130 kilogramów? W tym wieku fizycznie notuje się naturalny regres, a nie dynamiczny wzrost możliwości fizycznych. Jedynym zarzutem wobec Colemana w całym filmie jest to, że stał u podstaw wynaturzenia kulturystyki. Dyscyplina ta przestała być festiwalem żywych posągów. Obecnie to freak show, w którym zawodnicy nie potrafią już ukryć wydętych, wskutek powiększenia narządów wewnętrznych, brzuchów. Raczej nigdy nie zobaczymy już mistrzów pokroju Franka Zane.
źródło: https://www.frankzane.com/wp-content/uploads/Frank-Home-04-450x450.jpgZdumiewające jest również to, że Coleman wciąż aktywnie ćwiczy na siłowni pomijając tylko niektóre ćwiczenia. Chociaż lekarze twierdzą, że nie jest to dobre dla kręgosłupa Colemana, jest to dobre dla samego Colemana.

Ronnie Coleman: The King kończy się w dniu kolejnej operacji Colemana. Mam nadzieję, że postęp medycyny pozwoli mu któregoś dnia wrócić do względnej normalności. Ronnie jest prostolinijnym, inteligentnym, przyzwoitym człowiekiem, który za swój sukces płaci ogromną cenę każdego dnia.

Mam również nadzieję, że nie powiedziano również ostatniego słowa w obszarze jego biografii. Jestem pewien, że jego historia ma jeszcze wiele ciekawych rozdziałów, których nie opowiedziano w Królu, a które chętnie bym poznał.

Ocena: 6,5/10

Zachęcam również do lektury i recenzji biografii „ojca” wszystkich kulturystów:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *