Stan Lee Człowiek-Marvel – recenzja

Początek lat 90. w Polsce to czas, w którym, po latach komunizmu, zaczęła do nas docierać kultura „zgniłego” zachodu. Dzięki wydawnictwu TM-Semic w sercach fanów komiksów znad Wisły miejsce Tytusa, Romka i A’Tomka czy Kajko i Kokosza zaczęły zajmować postaci z Universum Marvela. Do dziś pamiętam wycieczki do kiosku ruchu z nadzieją, że znajdę tam kolejne przygody Spider-Mana. Wg „Mitologii” Jana Parandowskiego na początku był chaos. Wg mitologii Marvela na początku był Stan Lee.  Z legendą tego człowieka postanowił zmierzyć się Bob Batchelor, autor biografii, pt. Stan Lee Człowiek-Marvel.

Dawno temu w Ameryce

Pierwsze dziecięce wspomnienia Stana Lee sięgają czasów, które w swym arcydziele zobrazował Sergio Leone. Rodzice Stana byli żydowskimi imigrantami z Rumunii, którzy przybyli do Nowego Świata realizować amerykański mit „od pucybuta do milionera”. Zamiast tego czekał ich koszmar wielkiego kryzysu. Mały Stanley przez całe życie pamiętał kłótnie rodziców o brak pieniędzy i rosnącą frustrację bezrobotnego ojca. Strach przed ubóstwem i brakiem pracy napędzał ojca super-bohaterów przez całą, trwającą niemal 80 lat karierę.

Kapitan Lee wygrywa wojnę

Pragnąc pomóc rodzinie nastoletni Stanley podjął pracę w wydawnictwie produkującym pulpowe magazyny, przesycone mało ambitnymi treściami i miękką pornografią. Komiksy były jedynie odnogą firmy, mającą popłynąć, m.in. na fali sukcesów Supermana. Zanim kariera Lee nabrała rozpędu, służył on w armii podczas Drugiej Wojny Światowej. W przeciwieństwie do Kapitana Ameryki nie powąchał nigdy prochu. Dostał przydział do działu łączności, gdzie odpowiadał za tworzenie instrukcji, plakatów i materiałów propagandowych. Żołnierze na froncie jednak równie często, co od kul, niedomagali z powodu chorób wenerycznych. Pomysłowy plakat autorstwa Lee przynajmniej część z nich przekonał, jeśli nie do pozostania w spodniach, to chociaż do regularnych badań. Tak oto Franek Dolas rozpętał, a Stasiek Lee zakończył Drugą Wojnę Światową.

Lieber za dobry na komiksy

Po powrocie ze służby Stan Lee rzucił się w wir pracy nad komiksami. Co zaskakujące, przez większość życia miał świadomość tworzenia historii dla dzieci i niedojrzałych dorosłych. Często wstydził się swojego zajęcia, przez co nie tworzył pod prawdziwym nazwiskiem, Stanley Lieber. Marzył o napisaniu wielkiej powieści i na jej potrzeby skrywał swą prawdziwą tożsamość. Nigdy nie dowiemy się, czy jego książka byłaby dobra. Zamiast tego jednak pozostawił po sobie postaci Spider-Mana, Thora, Hulka, Iron-Mana, Fantastycznej 4 czy X-Men.

Tworzył również wiele scenariuszy i nadzorował powstawanie innych tworząc metodę Marvela. Tempo pracy nad komiksami było tak ogromne, że często tworzył on jedynie zarysy fabuły, wstęp i zakończenie historii, środek pozwalając wypełnić rysownikom. Wraz z nim rozwijały się talenty artystów, takich jak Jack Kirby (współtwórca Fantastic Four) i Steve Ditko (współodpowiedzialny za Spider-Mana). Niestety między tymi geniuszami komiksu narosły liczne animozje, wynikające między innymi z tego, że często umniejszano rolę rysowników w budowaniu legendy superbohaterów.

Stan Lee Człowiek-Marvel i nie do końca marvel biografia

W języku angielskim słowo marvel oznacza cud, zdumienie, zachwyt. Określenie to śmiało może opisywać życiorys Stanleya Liebera. Z żalem jednak muszę stwierdzić, że sama książka już na takie miano nie zasługuje. Składa się na to kilka podstawowym elementów:

  1. Liczne powtórzenia. W kółko czytamy o tym, że Stan Lee pracował w szaleńczym tempie, że był skłócony z Jackiem Kirbym i podporządkowany cynicznemy wydawcy Martinowi Goodmanowi.
  2. Geneza super-bohaterów jest często opisana bardzo zdawkowo. Zamiast poznać dynamiczny proces ich tworzenia, Bob Batchelor ogranicza się do streszczenia pierwszych komiksów z ich przygodami.
  3. Autor często zachwyca się kreską Jacka Kirby czy Steve’a Ditko. Niestety w całej książce nie znajdziemy zdjęcia nawet jednej komiksowej planszy.
  4. Wiele istotnych dla historii Marvela postaci czy historii komiksowych zostało zupełnie pominiętych. Bohaterowie tacy jak Punisher czy mroczna brutalna geneza Wolverine’a opisana w „Weapon X” stoją w jawnej sprzeczności z wizerunkiem Marvela. Aż prosiło się o jakiś komentarz Stana Lee na ich temat.
  5. Tłumaczenie jest bardzo przeciętne. Często pojedyncze zdania czytałem wiele razy, by zrozumieć ich sens. Sprawy nie ułatwił sam autor lubujący się w wielokrotnie złożonych konstrukcjach wypowiedzi.
Bohaterowie tacy jak my

Chociaż wymienione powyżej mankamenty nie świadczą najlepiej o kunszcie literackim Boba Batchelora, sama historia życia Stana Lee sprawia, że mamy do czynienia z zajmującą lekturą. Ojciec chrzestny komiksu był otwartą, bardzo dostępną i bliską swoim fanom osobą. Takimi też postaciami uczynił swoich bohaterów. Nie ścierają się oni ze złem na ulicach fikcyjnego Gotham czy pod niebem Metropolis. Zamiast tego walczą z opryszkami w Queens, Hell’s Kitchen czy Harlemie, dzielnicach Nowego Jorku, gdzie Stan spędził niemal całe życie. Peter Parker, jak wielu młodych chłopców, był kujonem w grubych okularach, pomiatanym przez szkolnych osiłków. Przez to wielu odbiorcom łatwiej było identyfikować się z nim, niż z niezniszczalnym kosmitą czy miliarderem w czarnej pelerynie. Stan Lee zawsze skracał dystans do czytelnika, zarówno w życiu, jak i na kartach komiksów. Dzięki temu wystosował podnoszący na duchu, niemal uniwersalny przekaz. Skoro super-bohaterowie mogą być jak my, to my możemy być jak oni. Jak wielu fanów komiksów, dzięki jego pracy, zwłaszcza w dzieciństwie spędziłem wiele wspaniałych chwil w świecie fantazji. Spoczywaj w spokoju, Stanley’u Lieber.

Ocena: 6,5/10

Więcej ze stajni Marvela pod likiem:
Daredevil: 3 sezon – recenzja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *