The Christmas Chronicles -recenzja

Magia Świąt nadchodzi wielkimi krokami. W marketach znicze ustąpiły miejsca dekoracjom bożonarodzeniowym. Na drogi wyruszyły ciężarówki Coca-Coli do taktu: „coraz bliżej Święta”. Stacje telewizyjne zaplanowały już w ramówkach Kevina i „Die Hard”. Swoją potrawę do wigilijnego stołu postanowił dołożyć też Netflix. Czy The Christmas Chronicles stanie się stałą częścią świątecznej tradycji? Przekonajmy się.

Renifer Niko ratuje Święta

Historia zaczyna się dość banalnie. Gwiazdka jest zagrożona. Sprawiają to psoty rodzeństwa, które, po śmierci ojca, nie może się ze sobą dogadać. Starszy Teddy wpada w złe towarzystwo i oczywiście od dawna nie wierzy już w Świętego Mikołaja. Młodsza Kate przejawia w tym względzie ciągle dziecięcą naiwność. Co gorsza, z powodu dyżuru matki w szpitalu, w Wigilię muszą zostać sami w domu. Wówczas, podczas przeglądania rodzinnych nagrań, Kate natrafia na dowód istnienia Mikołaja i postanawia przyłapać go na gorącym uczynku rozdawania prezentów. Wskutek serii niefortunnych zdarzeń Święty traci worek z prezentami, wszystkie renifery i magiczną czapkę, a jego sanie zaliczają awaryjne lądowanie. Cała trójka musi w efekcie podjąć szereg działań, by uratować Święta. Jak już wspominałem; banał goni banał.

Wszystkie symbole amerykańskie gwiazdki AD 2018

Za kamerą produkcji stanął Clay Kaytis, odpowiedzialny jak dotąd jedynie za ekranizację przygód Angry Birds. W przypadku The Christmas Chronicles udało mu się zrealizować całkiem sprawną mieszankę kina familijnego, sensacyjnego i komedii. Na ekranie obserwujemy pościgi czerwonym Dodgem Challengerem, żarty z Ubera i dzieciaki, których ambicją jest miliard odsłon na YT. Na siłę można przyczepić się sztucznych elfów (to oczywiste) i reniferów (to już trochę gorzej). Najważniejsze, że uchwycono tu idealny balans między ckliwością a dynamiczną akcją. Uniknięto również powszechnych ostatnio w kinie żartów o zabarwieniu seksualno-fekalnym. Całość ogląda się bardzo przyjemnie, a dzieci powinny być w trakcie seansu wręcz zachwycone, na co mam w domu żywy przykład.

Santa Kurt Elvis

Kurt Russell to Santa Claus na miarę naszych czasów. Nadal ma bujną brodę, ale już brzuch spokojnie mieści się w spodniach. Przemierza on świat z każdej opresji wychodząc przypominając dorosłym o ich dziecięcych marzeniach. Russel 4 dekady temu zagrał samego Elvisa Presleya i nadal dysponuje głosem, z którym mógłby dotrzeć do finału w niejednym talent show. Udowodnił to w najlepszej scenie filmu, w której wraz z podejrzanym elementem daje koncert w więziennej celi. Szczęśliwie, mimo oglądanej przeze mnie wersji z dubbingiem, występ ten zachowano z oryginalnym dźwiękiem. Trzeba jednak przyznać, że dubbingujący Mikołaja Grzegorz Wons (Więcławski z Rancza) wywiązał się ze swojego zadania nader przyzwoicie. Niestety mali bohaterowie w polskiej wersji językowej brzmią sztucznie i nieco irytująco.

The Christmas Chronicles – where is Jesus

Mam niestety wobec tej produkcji jeden duży zarzut. Taki sam miałem zresztą w przypadku „Ekspresu polarnego”. Mam na myśli ostateczną komercjalizację Świąt Bożego Narodzenia. W Xmas made in USA nie ma miejsca na Betlejem, Trzech Króli i Świętą Rodzinę. Święta to Mikołaj i prezenty. Poziom gwiazdkowości spada, gdy ludzie ich nie dostają. Otrzymane zaś, przypominają mieszkańcom Ziemi, że ciągle drzemie w nich dobro. $ już dawno zastąpił Gwiazdę Betlejemską i za nim wszyscy podążają. Jeśli jednak potrafimy oddzielić prawdziwą istotę Bożego Narodzenia od niezobowiązującej rozrywki, będziemy się nieźle bawić. Warto tez wyczekiwać momentu pojawienia się żony Świętego Mikołaja. Jest to bowiem, może niezbyt zaskakująca, ale jednak bardzo miła świąteczna niespodzianka.

Ocena: 6,5/10

Polecam również:
Do wszystkich chłopców, których kochałam – recenzja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *